BMW Półmaraton Praski 2017

Sobota, wieczór, drugi września 2017. Gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że zostały trzy tygodnie do maratonu. Wypieram to ze świadomości. Startem sezonu stał się dzisiejszy półmaraton.
Od rana mam delikatny stresik przedstartowy. Mam dokładnie przećwiczoną procedurę przedstartową do porannego biegu, ale do wieczornego już nie jest tak łatwo. Co robić?

Na śniadanie tradycyjnie buła, dżem, kawa. Typowe. Będzie szybko 🙂 Potem błyskawiczne gotowanie makaronu. Dzień zlatuje w miarę sprawnie, a makaron z pesto wychodzi mi już uszami… Myślę sobie ‚niech już będzie ten wieczór!’.

Ok 18 trzeba się zbierać. Zgarniamy ekipę – znajomi biegną towarzyszącą PM 4F Praską Piątkę. Miała ją też biec A., ale położyła ją choroba 🙁
No nic, szybko sprawdzam czy wszystko mam i w drogę.

Wieczorna pora biegu sprawia, że miasteczka biegowego na błoniach Stadionu Narodowego w ogóle nie widać. Szkoda trochę. Chociaż w sumie sam nie wiem czy jednak szkoda, bo miasteczko składa się głównie z wielkiego, pustego, żwirowego placu przed dworcem PKP Stadion, na obrzeżach którego stanęło kilka namiotów sponsorów, depozyty i scena.
Szybko przebieram się w ciuchy, oddaję szpej do depozytu i nie wiem co ze sobą zrobić ;). No nic, robię lekkie roztruchtanie, kilka przebieżek. Tętno przed startem tradycyjnie jest dalekie od spoczynkowego lub rozgrzewkowego – typowe.

Planowana godzina startu – 20:30 – sprawia, że naprawdę już nic nie widać. Ustawiam się w strefie 1:45 i czekam.

Z głośników gra Alan Parson’s Project, w sumie ciężko znaleźć bardziej pasujący utwór nic Sirius. Lasery, noc i ta muzyka dają dodatkowego kopa. W końcu strzał startera i…

…nic.

Wiadomo, czekamy aż ruszy elita i strefy startowe sprzed mojej. Zamiast truchtać w kierunku linii startu, idziemy. Trochę to niepokoi, ale ‚ok’, myślę  ‚poczekam, pewnie zaraz się zluzuje’. Doczłapujemy do linii startu, widzę, że dalej jest strasznie wąsko i nikt nie biegnie. No nic, przekraczam linię startu, odpalam zegarek, znajomi zza płotka krzyczą ‚jedziesz Tomek!’.
Pobiegłbym w sumie, ale dalej straszny korek. Pierwsze 200m przetruchtaliśmy. Na szczęście przed Zamojskiego trochę się poluzowało i Grochowską już biegniemy.

Zerkam na pulsometr i tętno, widać, że nadganiam ten człapany start. Zamykam 1km w czasie 5:37, no dramat! Jestem wściekły, na szczęście przy Terespolskiej złość przechodzi pod wpływem dopingu grupki dzieciaków pijących browar 🙂

Dalej ustawiam tempo ok 5min/km – szybciej niż planowałem na początku – i biegnę. Nie kombinuję, nie myślę, samo bieganie wystarcza. Mijam kolejne km, tempo cały czas poniżej 5′, a pogoda sprawia, że w ogóle nie czuję zmęczenia. Po 8km widzę A. dopingującą koło naszego osiedla :), dostaję automatycznie kopa i lecę dalej. W miarę biegu odliczam kilometry do miejsca, w którym w zeszłym roku dopadł mnie kryzys…

Pierwszy taki punkt to powrót na Bora-Komorowskiego przy pętli Gocław – 11-ty km. Nic się nie dzieje 🙂 Tętno 165-170, tempo 4:50, super.

Drugi: zbieg na Wał Miedzeszyński. W zeszłym roku tu miałem już poważne problemy, tym razem biegnie się lekko i sprawnie. Mam wrażenie, że może to nawet ładnie wyglądać, co niestety potem boleśnie zweryfikują zdjęcia od fotomaraton.pl :/

Biegnę z torebką żelu energetycznego w ręce, spodziewając się wodopoju gdzieś na Wale. Nie chcę zaklajstrować się żelem bez popijania (jak w zeszłym roku) – taki protip – jedz jakieś 100m przed punktem z wodą 😉

Trzeci: Wał M. już po nawrocie przy Kadetów, a w zasadzie dalej, bo pod Trasą Łazienkowską. W nogach 17km. Tego się bałem najbardziej. Rok temu tutaj była kumulacja zmęczenia i wszystkiego dookoła. Wiadomo, rok wcześniej lecieliśmy w środku dnia i był upał, ale moja świadomość wiążąc miejsce z kryzysem nie uwzględniła pogody 😉 Lekko przyspiesza i nadchodzi ten moment, w którym przestaję przejmować się tętnem. Co z tego, że 175 jak jeszcze tylko 4km do mety. Kontroluję czas i nieśmiało zaczynam myśleć czy zdążę na 1:45. Kryzysu nie widać, widać za to wyłączenie nadmiarowego myślenia, rozglądania się i zwracania uwagi na otoczenie. Wybijam w myślach rytm, przypominam sobie co chwilę o poprawnej sylwetce i pracy rąk. Lecę 😉

Po 19km mijam wjazd na Most Świętokrzyski i zaczynam mieć dość. Przed Portem Praskim jest nawrót, tak samo skopany jak zeszłoroczny nawrót na Sokolej. Ślisko, a nawrót strasznie ciasny, jeździmy jak na łyżwach, niektórzy nawet się przewracają. Ok, ustałem, co prawda prawie się zatrzymałem, ale już lecę dalej. 20km, zerkam na czas i zaczynam się poważnie spieszyć. Nie przez 1:45, tylko przez to, że mam dosyć 😉

Nawrotki na Sokolej praktycznie nie zarejestrowałem, przy wejściu do metra ktoś krzyczy ‚dawaj! jeszcze 300 metrów!’, a ja równie dobrze mógłbym zamknąć oczy i biec po omacku, bo praktycznie niczego już nie rejestruję. Przebiegam pod stacją PKP i wbiegam na błonia stadionu. Pochodnie, muzyka, kibice… Ogień! Ostatnia prosta, wpadam na metę i czuję się wypruty. Ratownik medyczny przybija ze mną piątkę i pyta czy wszystko okej. ‚ok’ mówię i idę dalej. Musiałem naprawdę źle wyglądać, bo gość pyta jeszcze raz. Upewniam go, że naprawdę czuję się w porządku i idę po medal, wodę i co tam jeszcze dadzą…

Sprawdzam czas – 1:44:45 na zegarku, czyli pełen sukces. Poprawiłem życiówkę o 3 minuty, rozmieniłem 1:45. Niby się cieszę, ale…

Adrenalina i endorfiny powoli odpuszczają i zaczyna być mi zimno i źle – a kolejka do depozytów ma jakiś kilometr :/

Ogólnie to ten Pólmaraton był świetny. Poza dwoma (może dwoma i pół) organizacyjnymi wtopami – wąski start, kolejki do depozytów oraz śliskie i wąskie nawroty, nie mam więcej uwag. Trasa mimo nawrotów była szybka, a pomysł na wieczorny start to strzał w dziesiątkę. Nic tylko biegać.
Nie wiem czy w przyszłym roku tu pobiegnę, ale wiele na to wskazuje, bo znowu termin ładnie się układa trzy tygodnie przed maratonem…

…którego nadejścia zaczynam mieć nieznośną świadomość…

Ps. Czas netto: 01:44:36