Koniec żartów

W końcu przyszedł ten dzień. 30. września 2018. 40. PZU Maraton Warszawski i mój start. Miałem się tu mścić za zeszły rok. Miałem cisnąć na nową życiówkę. Miałem w ogóle wielkie plany (Rozkład jazdy na 2018).

Expo

Ale po kolei. Relacja z maratonu zgodnie z tradycją powinna zacząć się od expo. A expo odwiedziłem już w piątek – akurat tak się ułożyło najwygodniej.

Biuro zawodów i expo w tym roku zostały zorganizowane w Pałacu Kultury i Nauki. I spoko, w zasadzie nie mam pytań. Miejsca nie zabrakło, kolejek w piątek nie było. Towary na expo były przecenione jak zwykle, czyli od cen z kosmosu. Prawie kupiłem buty Saucony Guide, ale otrzeźwiające sprawdzenie na w porównywarce cen pomogło 😂

Odebrałem bez problemu pakiet startowy, w tym także ten od Fundacji Wcześniak, dla której zbierałem pieniądze w ramach akcji #BiegamDobrze. Pokręciłem się trochę i tyle.

Sobota minęła mi w domu, nie licząc lekkiego rozruchu z kilkoma przebieżkami i ogólnie odpoczywaniem. Makaron nie miał końca 😃

Wieczorem złapały mnie jednak nerwy, a jak przyszło do kompletowania rzeczy na rano, to w ogóle zrobiło się dziwnie. Ale jakoś sobie poradziłem.

Poranek

Na szczęście udało się przespać. A potem było rano. Dokładnie 6:00, kajzerki i dżem. Zestaw standardowy z kawą plus sprawdzenie czy wszystko mam (numer startowy, gacie, worek foliowy żeby nie zamarznąć przed startem, żele i dres na potem). Wszystko gotowe, więc wybiegam z domu i lecę na autobus.

Dojazd na maraton to super sprawa. Środki komunikacji miejskiej są opanowane przez biegaczy, część z nich jest wyluzowana, gada głupoty, śmieje się, niewyobrażalnie wprost wkurzając pozostałych – tych zestresowanych, skupionych i koncentrujących się przed biegiem. W tym mnie 😃 Mimo wszystko pozytywne nastawienie zwycięża i wszyscy się do siebie uśmiechają i nawet ja nabieram poczucia, że „jakoś to będzie”.

Start biegu wyznaczony był na ulicy Konwiktorskiej przy samym stadionie Polonii. Dzięki temu na Wisłostradzie oprócz furgonetek depozytowych (kolejny raz czapki z głów dla DPD i organizatorów za sprawne ogarnięcie depozytów) było pełno miejsca żeby się rozgrzać. Tym razem podszedłem do tematu poważnie i na linii startu stawiłem się w pełni gotów.

Przed samym startem zgadałem się ze Stefanem (serdecznie pozdrawiam), który żarcikami i anegdotami rozładował przedstartowy stres. No nic, strzał i lecimy.

Plan na bieg był prosty. Byłem po chorobie, ciężkim urlopie i radykalnej zmianie filozofii treningu. To się nie mogło udać. W zasadzie miałem nie startować w ogóle, ale nie chciałem zawieść składkowiczów z #BiegamDobrze. Poza tym dwa ukończone maratony brzmią lepiej niż jeden, co nie? W związku z tym planowałem spokojnie ukończyć bieg na w miarę swoich warunkach. Czyli bez kryzysu. Ale liczyłem się z tym, że i to może się nie udać i będę stosował Galloway’a (bieg, marsz, bieg, marsz).

Start

Więc tak. Lecimy tempem na 3:55, ulica Andersa ciągnie się niemiłosiernie, tłum gęsty, a ja wypatruję znajomych twarzy. Do placu Wilsona w zasadzie nic się nie dzieje, zbiegamy w kierunku Wisłostrady, fajnie, bo szybko i z górki. Mijamy Cytadelę i wybiegamy z powrotem do Konwiktorskiej. 5 kilometrów minęło bez przygód, jedyne co to świadomość, że już nie kumpluję się z moimi Nike Pegasus – jak się później okazało, moje paznokcie nabrały barw kardynalskich.

Wturlaliśmy się na most Gdański i okazało się, że strrrasznie wieje. Za mostem ostro skręcamy w prawo i po zapachu można wykoncypować, że jesteśmy w zoo. Super sprawa, choć zwierzaki albo same się pochowały, albo zostały zamknięte przez obsługę zoo, żeby oszczędzić stresu związanego z przebiegnięciem tysięcy ludzi w dziwnych strojach. Za zoo odbijamy nad Wisłę i dalej na południe, w kierunku mostu Świętokrzyskiego.

Znowu na moście wieje, ale na szczęście szybko chowamy się na Powiślu, skręcając w lewo w Herberta. Mijamy PKP Powiśle, Rozbrat i pub Źródełko Agrykolę. Kawałek dalej widzę kolegów z Level Up prowadzących doping w strefie fundacji Rak’n’Roll, krzyczę głośno „siema” do Marcela i Kamila i biegnę dalej.

13 kilometrów w nogach i wbiegamy do Łazienek Królewskich. Długa prosta i już jesteśmy przy Gagarina. 14 kilometrów, skręcamy dwa razy w prawo i zaczynamy najtrudniejszy etap trasy. Przynajmniej najtrudniejszy etap pierwszej połowy trasy 🙂

Podbieg do Belwederu jest trudny, zwalniam niemiłosiernie, ale daję radę. Później okazało się, że wcale tak bardzo nie zwolniłem. Dalej ciągle prosto, raczej bez historii. Mijam Aleje Ujazdowskie, Plac Trzech Krzyży i Nowy Świat. Na Krakowskim Przedmieściu któryś z biegaczy znajduje w sobie siły, żeby pod Pałacem Prezydenckim krzyknąć „konstytucja” co spotyka się z mieszanym odbiorem – część osób kiwa z uznaniem głową, część uśmiecha się z politowaniem, a reszta ma to głęboko w butach i po prostu biegnie dalej.

Dalej mamy Plac Zamkowy i Miodową, Plac Krasińskich i Bonifraterską. O, ‚tu już byliśmy’, myślę sobie mijając wejście na stadion Polonii. To dopiero połowa trasy. Nie jest źle, trzymam swoje tempo na złamanie 4 godzin, może troszkę nim bujając, raz szybciej, raz wolniej.

Koniec luzu

Powtarzamy odcinek Andersa do Placu Wilsona, ale tym razem lecimy dalej na Bielany ulicą Mickiewicza do Rudzkiej. Pierwszy raz w życiu jestem na ulicy Lektykarskiej i dziwię się, widząc zagłębie willowe. A jak tylko przestaję się dziwić, zaczyna dziać się coś niezbyt dobrego.

Na Podleśnej, tuż przed znacznikiem 26. kilometra wysiada mi wola. Dziwne. Myślałem, że pierwsza usterka będzie fizyczna, jak rok temu, a tu niespodzianka. Już wiem po co są te długie wybiegania 😉 Pojawiają się myśli, że to wszystko jest strasznie męczące. Wola wmawia mi, że bolą mnie nogi, choć wiem, że to nieprawda. To samo z oddechem. Próbuję przełamać kryzys, wciągam żel, zagryzam cukrem i popijam izo. Na Gwiaździstej, tuż przed Wisłostradą (tutaj w zeszłym roku był początek mojego końca), robię pierwszy spacer. I nawet nie mam do siebie pretensji. Teraz już tylko myślę o tym, żeby ukończyć bieg. W dowolnym stylu. Idę sobie spokojnie, dzieląc w myślach brakujące 14 kilometrów na mniejsze kawałki, tak aby odliczać nie od 14, a na przykład od dwóch. I na pewno nie wyglądam już na takiego wyluzowanego i zadowolonego.

Z mieszanymi uczuciami docieram truchtem przeplatanym marszem do Cytadeli. Wyprzedza mnie pejs na 4:00, potem drugi i trzeci. Konwiktorska mija zupełnie obojętnie, nawet szuranie na Most Gdański nie robi na mnie wrażenia. Teraz zostaje już tylko dzielenie i odejmowanie.

Za mostem, po kolejnym spacerze, skręcam w Namysłowską i koło ogródka jordanowskiego widzę znajomego z klasy z podstawówki (pozdro Maciek). Tym razem nie mam już pary, żeby się witać i wydzierać, więc kładę uszy po sobie i szuram dalej. Mijam ekipę z praskiego parkrunu, zbijam jakąś piątkę, a jak nie patrzą to znowu spaceruję. I tak dobijam nad Wisłę w okolice zoo. Kolejny raz przebiegam pod Mostem Śląsko-Dąbrowskim, zwalniając specjalnie w tunelu tlenowym w nadziei, że mi się zachce biec bez przerw. Nic z tego. Galloway pełną gębą, a nawet gorzej, bo wg Galloway’a odcinki marszu mają być krótkie i raczej dynamiczne, a u mnie ślimak. Okrzei, Jagiellońska, a ja liczę: 6, 5, 4. Wyprzedza mnie grupa z pacemakerem na 4:10 🙂

Przy metrze Stadion rozkładam w myślach odcinki marszu i biegu, tak, żeby się ładnie ułożyło pod miejsca, gdzie spodziewam się fotografów. Na tych debilnych przemyśleniach mijają mi kolejne kilometry i wbiegam ponownie na Świętokrzyski. Na moście spotykam Gosię, która chyba nie spodziewała się widzieć mnie tak późno. Ostrzega mnie, że za mostem będzie foto, więc staję się białą mieszanką Faraha i Kipchoge, sadząc zgrabne i szybkie susy (przestaję iść i truchtam). Foto faktycznie jest, a dalej już z górki. Odhaczam ostatni punkt odżywiania na Dobrej i widząc znacznik 41. kilometra czuję, jakby w głowie ktoś mi przestawił przełącznik.

Biegnę! Mijam kibiców, gęba mi się cieszy, macham do nich i  wbiegam na ostatnią prostą. Do mety przy fontannach lecę zupełnie luźno, tak jakbym przebiegł cały maraton zgodnie z założeniami i tak jak trzeba. I meta.

Czas zupełnie nie był taki jak zakładałem: 4:15. I trudno. To i tak super, że się udało. Ciągle jestem w szoku ile może zmienić głowa. Jasne, wolałbym pisać o tym ile głowa daje na plus, ale skoro wyszło inaczej… Bo w końcu przebiec ukończyć dwa maratony jest jakieś dwa razy lepiej niż jeden, co nie? 🙂