Test ostateczny, fanfary i niezdrowa sportowa złość, czyli 39. PZU Maraton Warszawski

Po fajnym okresie samozadowolenia towarzyszącego startowi w BMW Półmaratonie Praskim nadszedł w końcu sądny dzień. Okres treningu przed maratonem opiszę przy okazji, ale póki cokolwiek pamiętam z samego maratonu…

 

 

Sobota

 

Ostatni raz tak się denerwowałem na obronie dyplomu ;). Ogólnie to dziwnie wyszło, bo wieczorem zostałem w domu sam. Ja, stres i pakiet startowy. I kosmiczne ilości makaronu do zjedzenia.

Człowiek ma dziwne myśli w głowie dzień przed debiutem w maratonie. Zaczyna się od zwykłego „na pewno nie przygotowałem się dobrze”, przechodzi przez „nie ma sensu biec na założony czas, stać mnie na 10 minut lepszy”, a kończy na „w ogóle tam nie pójdę” 🙂

Dobra, plan na wieczór jest taki: przygotować wszystko co potrzebne, zjeść, przymierzyć ciuchy, sprawdzić czy mam na pewno czip, buty, skarpetki, etc. Do ostatniej chwili zastanawiać się czy biec w kompresji czy nie (prawidłowa odpowiedź: „tak, nie wymyślaj, idź już spać”)…

Mam wszystko, idę spać.

 

 

Niedziela

 

Godzina 6:00, otwieram oczy i zaczynam się bać. Wsuwam tradycyjne bułki z dżemem, podwójne espresso (może więcej niż podwójne) i powtarzam wczorajsze sprawdzenia rzeczy. Start jest o 9:00, mam trochę czasu, ale w sumie szybko przelatuje. Ok, do listy rzeczy do wzięcia dorzucam żele energetyczne, pakuję wszystko, wskakuję w dres i w drogę. Chwilę po 8:00 melduję się na placu Trzech Krzyży, gdzie spotykam Marka, dla którego to n-ty maraton, więc rozmowa ma charakter raczej uspokajający 🙂

Przebieram się na krawężniku, zawijam w folię i oddaję rzeczy do depozytu. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć jak świetnie został zorganizowany depozyt na tym biegu. Na placu stało ileś vanów popularnej firmy kurierskiej. Każdy na numerze startowej miał numer auta, w którym trzeba było zdeponować rzeczy. I tyle, żadnych kolejek, podchodzisz, oddajesz rzeczy i koniec. Proste.

Trochę truchtam w sumie nie wiedząc do końca jak się rozgrzewać przed takim biegiem… Jakieś wymachy, trochę rozciągania i ustawiam się w strefie na 3:45. Dobrze? Sam nie wiem. Czekam.

Zbliża się 9:00, spiker krzyczy o biegaczach, którzy biegną Maraton Warszawski 39. raz. Niepojęte. Olbrzymi szacunek. Z głośników leci Sen o Warszawie, ja mam dreszcze i łzy w oczach. Ok. Chyba zaraz pobiegniemy. Nie usłyszałem strzału startera, ale już 9:00 i wszyscy podchodzimy do linii startu.

Tym razem startujemy truchtem, bez zatorów i kolejek 🙂

Tuż za startem słyszę „Dawaj, Tomek!”, widzę Gosię, ale nie zdążam nic odpowiedzieć poza krzywym uśmiechem i odmachnięciem ręką :/

 

Ok. Lecimy.

 

Tutaj nic się nie dzieje. Biegniemy przez al. Ujazdowskie, Szucha i Puławską. Trzymam się pacemakera ze znaczkiem 3:45 i wszystko gra. No może poza tym, że wszyscy biegną odrobinę szybciej niż na te 3:45… 🙂

Ale jest dobrze, trzymamy komfortowe tempo 5’15” na km i mija pierwsza dyszka. Bukowińska, Rolna, KEN… Na Ursynowie daję się skusić i biorę trochę wody. Wyprzedza mnie jakiś wyjątkowo rześki gość, ale wkurzam się tylko moment, bo uświadamiam sobie, że facet właśnie zaczął swoją zmianę w sztafecie maratońskiej 😉

Ciągle pada lekki deszczyk, w zasadzie taka mgiełka. Jest super. Skręcamy w Gandhi, chwilę później w Rosoła, a ja zapominam jak dalej ma iść trasa. Trochę to dziwne, ale to dobrze pokazuje co stresik startowy robi człowiekowi z mózgu 🙂

Dalej trasa prowadzi nas w dół skarpy, wypadamy na Hlonda tuż pod świątynią Opatrzności Bożej w Wilanowie. Mam debilne myśli, że świątynia wygląda jak niedokończony statek kosmiczny, ale nie ma więcej czasu na takie dywagacje, bo skręcamy w kierunku Stegien. W międzyczasie dzieje się to, co wcześniej było dla mnie raczej niewyobrażalne: stuka nam 15km i nic się nie dzieje. Bieg jest luźny, a tempo bardzo komfortowe. Na 15km jem żel, popijam wodą i lecę dalej. I nic nie boli!

Cały czas widzę któregoś z pejsów na 3:45, jest bardzo dobrze.

 

 

Połowa

 

Z Sobieskiego zbiegamy w kierunku Czerniakowskiej, a potem w Gagarina. W nogach 20 km, dalej żadnych niepokojących sygnałów. Dobiegam do Łazienek i widzę strefę dopingu fundacji Rak’n’Roll. Skręcam do parku i słyszę z kolumn „Tomek Leskier naszym przyjacielem jest!”. Mimo gorączkowego rozglądania się nie znajduję krzyczących Pawła i Kamila, no trudno… Po tętnie widać, że kolejne 500m nie mogłem przestać się śmiać 🙂

Po 21 km widzę dopingujących ludzi z praskiego Parkrunu, zbijamy piątkę, ale nie ma czasu zagadać.

No nic, przebiegamy Czerniakowską, obok Legii i Rozbrat. To już 25 km, a mi dalej nic nie jest. Dziwne. Dalej lecę na 3:45.

 

 

Im dalej…

 

Na Powiślu zaczynam szykować się na most Świętokrzyski – pamiętam, że sam most to delikatne podbiegnięcie. Wciągam kolejny żel, lekko się nim zaklejam i wbiegam na most. Staram się wyglądać w miarę, bo pełno fotografów ;), ale jak pokaże życie, to już nie był moment do pozowania. No i zaczyna ciągnąć mnie pachwina 🙁

 

Przy porcie Praskim wskakuję na tętno 167-170 i zaczynam być lekko zmęczony. Pachwina wkurza, ale daje żyć, więc do Ratuszowej jakoś dobijam. Przy Jagiellońskiej widzę dopingującego Marcina z Parkrunu, a chwilę później prawie, że wbiega na mnie jakaś kibicująca dziewczyna i krzyczy, że wygrał nasz! No za*ebiście, myślę, ale po co mi ta informacja… 😐

Namysłowską biegnę raczej oszczędnościowo, wiedząc, że za dwa kilometry dowali mi most Gdański. Pachwina trochę zmienia mi krok, ale trudno.

30 kilometrów i jestem na moście. Podbieg był bezlitosny, tętno oszalało, a ja pierwszy raz dziś nie byłem w stanie utrzymać tempa. Ok, trudno, wyrównuję wszystko i jakoś się telepię tym nieszczęsnym mostem. Serce mi pęka, bo widzę przy Wisłostradzie na dole metę, a tu jeszcze 10 km do przebiegnięcia. Wykręcamy przez Międzyparkową, Bonifraterską i Muranowską w Andersa. Po 33 km na przystanku jest Gosia, która ratuje mnie wodą i truchtając obok mnie cierpliwie słucha moich narzekań na pachwinę 🙂

 

Dostaję dodatkowego kopa, biegnę dalej i jest lekko. Lekkości starczyło na Mickiewicza, Krasickiego, do Gwiaździstej :/

 

Prawdziwe Problemy

 

Biegnę sobie Gwiaździstą i delikatnie zaczyna łapać mnie skurcz łydki. Ok, łykam magnez w proszku, chwilę wcześniej zjadam też żel i popijam wodą. I wtedy odzywa się druga łydka, a ja po 37km zwalniam. Nie potrafię już utrzymać tempa 5:15, spadam na 5:50 i zaczynam myśleć o odpuszczeniu. Przy wodopoju wlewam w siebie podwójną porcję izotonika, choć wiem, że jedyne, co to mi może dać to kolka. Człowiek w desperacji robi takie rzeczy.

 

Skręcamy w Wybrzeże Gdyńskie, wiem, że zostały 4 km. I się zatrzymuję. Skurcze trzymają mi łydki, no, ale trudno, zmuszam się do truchtu. Człapię w tempie 6:15, zaczynają mnie wyprzedzać ludzie, choć z drugiej strony widzę kilku klientów cierpiących jak ja. 39. kilometr przebiegam w tempie poniżej 6′, ale świętuję go skurczem obu czwórek w udach i zatrzymuję się znowu. Tym razem czuję, że nie tylko wynik, ale i ukończenie tego maratonu mi się wymyka. Co z tego, że pani przebrana za marchewkę krzyczy, żebym dawał dalej… Wiem, wiem… Znowu zmuszam się do człapania, choć dziwnie to wygląda, bo nogi nie chcą mi się zginać 😉

Przy Cytadeli zaliczam kryzys ostateczny, znowu staję, a cały ten kilometr robię w 7 minut. Od 41. km przy trasie jest już tłum kibiców. Mam na numerze wydrukowane imię, więc ludzie krzyczą do mnie ‚Tomek, jeszcze tylko kawałek’. Wstyd teraz odpaść. Wstyd teraz truchtać. Zmuszam się do czegoś biegopodobnego i biegnę ok 5′ na km. Boli bardzo, ale oznaczenia ostatniego kilometra co 100 metrów dają nadzieję na szybki koniec.

 

 

Wbiegam (!) na metę w czasie 3:51 z groszami, odbieram medal, izo, szejka i nie wiem co jeszcze, bo już nie myślę. Odbieram także depozyt, który był tuż za metą i idę się przebrać. Skurcze czwórek nie pozwalają mi się schylić, żeby odpiąć czip od buta 🙂

 

Koniec

 

Czyli przebiegłem ten maraton. Dowiedziałem się, że przygotowałem się dostatecznie, żeby ten bieg ukończyć, ale nie dość dobrze, żeby osiągnąć ten rezultat, który chciałem (czyli 3:45). Serio, maraton uczy pokory. Za rok tu wrócę i będę się mścił na tej trasie, choć nie wiem co z tego wyjdzie 🙂

Strasznie pomaga doping i wsparcie na trasie. Dziękuję bardzo, bez tego pewnie by było wolniej, albo wcale 😉

Więcej wniosków później.

 

Zapis kryzysu tutaj: http://live.sts-timing.pl/mw2017//person.php?n=2300&image_link=a5e31dbe8d55e53d755d0fa7f3211275-172.20.23.104_01_20170924125603167_TIMING.jpg 🙂