Maraton – Ostatnie Starcie

Znasz to uczucie, kiedy mrugniesz i okazuje się, że mignęły dwa lata? No to właśnie mi się coś takiego przytrafiło.
Od 2022 i ostatniego wpisu z obietnicami, że teraz już będzie regularnie, minęło sporo czasu. Regularnie jest, szkoda, ze raz na kilka lat. Anyway, jestem, biegam, coś piszę.

Czyli tak. Mamy rok 2024 (dla wielbicieli teorii spiskowych mam temat – 2025, ale się nie przyznaję i publikuję ten wpis wstecznie). Biegam sporo, rzetelnie przepracowałem czas wiosenny, biegnąc tradycyjnie rekreacyjnie Półmaraton Warszawski. Jeszcze bardziej rzetelnie przepracowałem lato, testując się w czerwcu na parkrunie. Wjechało 20:20 z biegania raczej jak na mnie dużych objętości. Szybciej nie szło.

Po lecie pobiegłem mocno Półmaraton Praski. Za mocno, jak się okazało, bo ruszenie na 1:37 w 25-stopniowym upale to był świetny pomysł, ale tylko na pierwsze 15 kilometrów. Bomba pod koniec skutecznie ostudziła mój zapał przed finałem sezonu, czyli nachodzącym Maratonie Warszawskim.

Minęły trzy tygodnie pełne zwątpienia, ale też porządnej, treningowej roboty. I wreszcie nadszedł ten dzień. Mój czwarty start w maratonie! Cel: przebiec bez przerw, na swoich warunkach. Bez bomby, bez awarii mięśni i co najważniejsze, bez awarii głowy. Bo to właśnie głowa zawiodła poprzednim i jeszcze wcześniejszym razem.

Mając w nogach wakacje z przebiegiem 200+ kilometrów miesięcznie, uznałem, że nie będzie przesadą spróbować ruszyć na czas 3:45. No i tak sobie biegłem z grupą dookoła pacemakera prowadzącego na ten czas. Dookoła utworzyła się spora grupka wyznawców Adidas Runners, z którymi czas biegu przeleciał szybko. Bo wiesz, w maratonie im mniej czasu na myślenie, tym lepiej. Nawet się nie obejrzałem, a mieliśmy minutkę zapasu względem planowanego wyniku i 25 kilometrów na liczniku. Przy metrze Młociny, kiedy została dyszka do końca, stwierdziłem, że można odrobinę szybciej. Tym bardziej, że ubzdurałem sobie, że jednak nie mamy tej minuty zapasu. Oderwałem się od grupy i ruszyłem szybciej, z jednej strony podjarany, że już ponad 30 kilometrów i nic się nie dzieje, ale z drugiej strony już ponad 30 kilometrów i JESZCZE nic się nie dzieje.

Tłumiąc niepokój trzymałem tempo poniżej 5:20 i jakoś szło. Podbieg na 37-ym okazał się w miarę spokojny, piątka z ekipą Fundacji Wcześniak dodała mi sił, więc można było zabrać się za ostatnie 5 kilometrów. Tu już były nerwy, bo dawno temu, w debiucie, to właśnie na tym etapie zaczęły się moje problemy z mięśniami. O głowę byłem już spokojny, bo wiedziałem, że nie przestanie mi się chcieć. Tylko te mięśnie…

Muranowska, 39, Miodowa, 40, Senatorska i Moliera, 41. Musiało się udać. Ostatni kilometr, przyspieszyłem do zawrotnych wtedy 5:00 i już końcówka. Wpadłem na metę i się rozpłakałem. Okazało się, że te wcześniejsze trzy maratońskie porażki już nic nie znaczą i o niczym nie świadczą. Do czterech razy sztuka. I jeszcze minuta zapasu w stosunku do założeń. 03:43:46. Bez przystanków (siku na 10-tym nie liczę 😛 ). Głowa wyczyszczona, demony pokonane, maraton też. Nawet sobie grawer na medalu fundnąłem. Zasłużyłem!